czwartek, 24 września 2009

o przewrotnosci i zlosliwosci rzeczy (jeszcze nie) martwych.

Lijiang okazal sie niezmiennie wciagajacy. dlatego tez. pomimo, ze Nicolas wyjezdza jutro zobaczyc jedno z najpieknieszych miejsc w Chinach (Wawoz Skaczacego Tygrysa), ja zostane w hostelu. Zjem na obiad pizze, na kolacje zas: kubelek w KFC. I fakt, ze jestem dosc mocno przeziebiony i cholernie oslabiony nie ma z tym nic wspolnego. Nic, a nic. Oczywiscie.
Wcale nie zywie zalu ani do tej sweeetasnej choroby, ani do losu kolei. Toz to nawet wdzieczny byc powinnienem za mozliwosc spedzenia w Lijiang 2 dni sam na sam z mastem....

A teraz z innej beczki (czarki?). 3 najczesciej zadawane mi pytania po kilku chwilach rozmowy; nie wazne czy po chinsku, czy angielsku:
- Skad jestescie?
- Jak podobaja sie Wam Chiny?
- Czy Ty (Jas) jestes jego (Mikolaja) ojcem?
zostawie to bez komentarza.... i ide sie ogolic....

kupilismy bilet z kunmingu do kantonu. 24h na twardych krzeselkach.... az sie doczekac moje posladki nie moga...
ale to jeszcze nie koniec. czeka nas podroz z kantonu do szanghaju - przypuszczalnie ok 48h. :D:D:D
lecz powiem w sekrecie, ze zamierzam przekonac Mikiego do samolotu... nie wiem tylko, czy jestesmy w stanie darowac sobie "rozkosz" takiego przejazdu, ot tak po prostu. :P Sadzicie, ze przekonam go mozliwoscia zwiedzania jakiejs swiatynki w okolicach Szanghaju? Oby...

Zdjec nadal nie udalo sie wrzucic. obiecuje sprobowac jeszcze raz pozniej.

1 komentarz: